Demokraci stawiają na open source. Czy pomoże im to uniknąć klęski w listopadzie?
Posted on | sierpień 26, 2010 | No Comments
Najprościej rzecz ujmując: Open.Dems to miejsce, gdzie eksperci z zespołów ds. nowych mediów i technologiii DNC (Democratic National Committee, główny komitet narodowy Partii Demokratycznej) udostępniają swoją wiedzę i zasoby w zakresie wykorzystywania nowych technologii w zmaganiach politycznych. Celem serwisu jest „otwarcie się partii na innowacje, poprzez dzielenie się pomysłami i technologiami”.
Projekt Open.Dems składa się z trzech głównych sekcji. Pierwsza to zbiór API budowanych przez Demokratów i organizacje wspomagające partię. Te API to mechanizmy umożliwiające śledzenie np. danych statystycznych dotyczących rejestracji do głosowania, danych demograficznych itd. Za pomocą tych mechanizmów można budować własne rozwiązania i narzędzia pomagające rejestrowanie osób do głosowania. Druga sekcja to całe narzędzia informatyczne i fragmenty kodu, udostępnione na zasadzie open source. Oczywiście nie są to te najtajniejsze i najdroższe elementy całego systemu ale i tak udostępnianie tak dużych elementów internetowego arsenału wyborczego to pionierska inicjatywa na skalę światową. Trzecia część Open.Dems to blog, zawierający materiały i praktyczne przykłady tego co działa a co nie jeśli chodzi o internetową politykę. To zbiór dobrych praktyk, który ma pomagać Demokratom w całym kraju w prowadzeniu lepszych kampanii w internecie.
Oczywiście fakt, że te informacje są dostępne publicznie, oznacza że może z nich korzystać każdy, także polityczna konkurencja. Ale w sytuacji w której są Demokraci sprawia że serwis Open.Dems ma sens. Chociaż na poziomie krajowym ich sytuacja jest nie do pozazdroszczenia – Obama jest niepopularny w sondażach a gospodarka nie wychodzi z recesji tak szybko jak to było w planach – specyfika systemu wyborczego powoduje że w listopadzie Republikanie nie mogą być pewni zwycięstwa. By przechwycić kontrolę na Izbą Reprezentantów, muszą wygrać bardzo wiele indywidualnych pojedynków w konkretnych okręgach wyborczych. A to oznacza, że indywidualni Demokraci mogą na poziomie lokalnych spraw i zagadnień zdobyć przewagę, której nie mają szans zyskać na poziomie krajowym. W Polsce losy kandydatów są dużo bardziej związane z losami partii niż to się dzieje w USA. I tu właśnie kryje się szansa partii sprawującej obecnie władzę w USA na uratowanie sytuacji, zwłaszcza że dysponują przewagą finansową, zarówno na poziomie indywidualnym jak i partyjnym.
Dlatego też Open.Dems – inicjatywa która ma wspierać innowację w całej partii, na wszystkich poziomach lokalnych – ma tak wielkie znaczenie.
Gwiazda Doliny Krzemowej kończy z social media. Nowy trend?
Posted on | sierpień 23, 2010 | No Comments
Frustracja Laporte sięgnęła zenitu, gdy odkrył że w wyniku błędu technicznego przez tydzień jego posty nie pojawiały się na Google Buzz. Żaden z jego 17, 000 obserwatorów na tym serwisie tego nie zauważył ani też się tym specjalnie nie przejął. Jak pisze Laporte:
Wtedy zdałem sobie sprawę, że wszystko co napisałem przez ostatnie 4 lata na serwisach Twitter, Jaiku, Friendfeed, Plurk, Pownce, and, i tak, na Google Buzz było ogromną stratą czasu. Krzyczałem do ogromnej „komory echowej” gdzie nikt mnie nie słyszał, gdyż wszyscy byli zajęci krzyczeniem do siebie. (…) Jakie to poniżające. Jak demoralizujące.
Laporte ogłosił, że koncentruje się tylko na blogowaniu i na innych formach bardziej „tradycyjnej aktywności”. Inny znany komentator z Doliny Krzemowej, Luis Gray podsumowuje : nadszedł czas na kontrolę swojej aktywności w internecie, i zerwanie z wieloma osobowościami na setkach serwisów. Czas na powrót do blogów, jako do centrów życia w internecie. Dyskusja którą zapoczątkował Laporte jest bardzo ciekawa. W dobie wszechobecności social media, zwłaszcza w sferze medialno-politycznej nietrudno zgubić własny głos w kakofonii innych. Blogi dają kontrolę, której brak na Facebooku i Twitterze. Nacisk, który teraz kładzie się na social media, może być chwilową modą. A już na pewno nie można całkowicie przenieść się ze swoją aktywnością tylko do mediów społecznościowych. To cenna uwaga, także dla polityków. W Polsce dla tych ostatnich będzie cenna..za jakiś czas.
Moje osobiste doświadczenia są zbliżone. Social media nie zastąpią blogowania i “tradycyjnego” pisania.
“Akcja krzyż” pokazała polityczną siłę social media
Posted on | sierpień 13, 2010 | 2 Comments
To właśnie na Facebooku „Akcja Krzyż” miała swój początek. I jak widać, pod względem frekwencji była sukcesem. Treść i forma tego sukcesu to (niestety) inna sprawa. Ale ta inicjatywa – o ile wiemy na ten moment – przypomina klasyczną działalność „oddolną” (grassroots). W tego typu działaniach potrzebne jest jedynie minimum koordynacji i istnienia właściwej – czyli wykorzystywanej w wystarczająco dużym stopniu przez uczestników platformie rozprzestrzeniania informacji oraz samo-organizacji. W tym przypadku platformą był Facebook i inne media społecznościowe. Nie po raz pierwszy zresztą. Protesty związane z pochówkiem na Wawelu śp. Lecha Kaczyńskiego również były przede wszystkim protestami sieciowymi (Faceboook wszedł wtedy ostatecznie do mainstreamu), ale w przypadku „Akcji Krzyż” działalność ta była zarówno internetowa jak i realna.
Ten mechanizm znany jest od wielu lat, a jego skala i zasięg zależą zarówno od platform komunikacyjnych (Facebook, twitter, blogosfera, serwisy wyborcze kandydatów, czy wcześniej np. Meetup) jak i kraju czy wreszcie celu danej działalności. Zwykle „udane” akcje oddolne mają miejsce, gdyż istnieją zarówno odpowiednie metody „płaskiej” komunikacji, jak i gdy istnieje gromadzący energię – negatywną jak i pozytywną – cel oraz są ludzie, gotowi o ten cel walczyć czy też działać. Spontaniczność można też falsyfikować – w żargonie politycznym USA falsyfikacja, prowadzona głównie przez korporacje i profesjonalne grupy lobbingu politycznego – nosi miano „astroturfingu”.
Wczorajsze wydarzenie ma jeszcze jeden aspekt. „Akcja Krzyż” pojawiła się na Facebooku, ale stała się obiektem zainteresowania mediów tradycyjnych także dzięki osobie jej koordynatora, oraz zdjęciach które umieścił na swoim profilu na FB. Bez pojawienia się swoistego pasa transmisyjnego „social media- blogi/fora dyskusyjne (w tym przypadku rebelya.pl) – serwisy informacyjne –media tradycyjne (TV)” ilość uczestników oraz skala wczorajszego wydarzenie mogłyby być zdecydowanie mniejsza. Jak donosi DGP, liczba użytkowników FB w Polsce skoczyła o 200 tysięcy w związku z “akcją krzyż”
To jeszcze jeden przykład na to, że w Polsce coraz szybciej następuje przemiana zarówno sfery medialnej, jak i obywatelsko-politycznej. Era, w której kończy się dominacja tradycyjnych struktur medialno-politycznych zbliża się coraz szybciej. Oznacza to też jeszcze większa polaryzację, przyspieszenie procesów organizacyjnych i fragmentaryzację sceny medialnej. Oznacza też, że politycy w naszym kraju, oraz ich zaplecze muszą szybko przystosować się do nowych realiów, inaczej czeka ich odejście w polityczny niebyt.
Palin cenzuruje swoja stroną na Facebooku. Czy takie metody pojawią się w Polsce?
Posted on | sierpień 7, 2010 | 3 Comments
Za pomocą specjalnego programu, który przechwytywał wszystkie komentarze fanów Palin John Dickerson z Slate postanowił odkryć, jak wygląda rzeczywistość. Okazało się, że sztab byłej gubernator Alaski kasuje około 10% wszystkich pojawiających się komentarzy. Ale cenzura nie dotyczy tylko wulgaryzmów i spamu. Gdyby ta k było, nie byłoby o czym pisać. Palin nie życzy sobie na swoim profilu wszelkich negatywnych uwag dotyczących np. jej posunięć politycznych, krytyki postępowania jej dzieci (nawet kulturalnej), rozważań dotyczących spiskowych teorii nt. miejsca urodzenia Obamy. Zespół Palin wyrzuca także opinie zawierające zbyt wiele nawiązań religijnych.
Fani Palin mogą o niej mówić tylko dobrze, albo wcale.
Jak na polityka który ciągle mówi o wolności takie postępowanie jest co najmniej zastanawiające. Oczywiście po stronie Republikanów pojawiły się głosy broniące Palin, ale fakt pozostaje faktem – jej fanpage w 100% zawiera treśc, którego ona sobie życzy. Słusznie pisze Nancy Scola, że zwolennicy Palin na FB mają wrażenie że tworzą społeczność, a tymczasem są tylko odbiorcami pewnego przekazu marketingowego. Dla polityka, który polega na oddolnym zaangażowaniu swoich zwolenników, na dłuższą metę może to być niebezpieczne.
W Polsce wykorzystanie internetu jako politycznego narzędzia nie toczy się w skali porównywalnej do tej w USA. Ale nie zmienia to faktu, że politycy w naszym kraju mogą w przyszłości coraz chętniej siegać po tego typu metody jak Palin. W końcu, skoro była gubernator Alaski ma 2 miliony fanów, to chyba cenzura aż tak bardzo im nie przeszkadza?
Biały Dom naśladuje media i uruchamia Daily Snapshot
Posted on | sierpień 2, 2010 | No Comments
Codziennie o poranku czasu waszyngtońskiego Biały Dom rozsyła The Daily Snapshot – czyli newsletter emailowy zawierający m.in. terminarz spotkań prezydenta, tematy dnia, najważniejsze zdjecie ilustrujące to czym Obama będzie się zajmował i linki do tekstów na stronie Whitehouse.gov. Daily Snapshot jest uzupełnieniem cotygodniowych newsletterów Białego Domu dotyczących konkretnych tematów np. energii czy edukacji. Newslettery emailowe były do tej pory domeną waszyngtońskich news organizations a nie organizacji politycznych. Mike Allen od lat wcześnie rano wysyła swój Playbook, który szybko stał się lekturą obowiązkową dziennikarzy, lobbystów i całego „oficjalnego Waszyngtonu”. Również Huffington Post, Washington Post i blogerzy zaczęli przygotowywać swoje własne newslettery i podsumowania, wysyłane o różnych porach dnia i związane z różnymi tematami.
Teraz do newletterowej wojny włączył się Biały Dom. Cel jest prosty – codzienny pakiet informacyjny ma naprowadzić odbiorców na właściwe tematy które akurat znajdują się na „tapecie” administracji. W dynamicznym i superszybkim świecie mediów i internetu, uwaga odbiorców łatwo zbacza na tory które Biały Dom może uznawać za niepożądane. Oczywicie newsletter nie zmieni sytuacji od razu, ale na pewno to ciekawy przykład jak szybko Biały Dom uczy się nowych reguł gry i jak bardzo jego działalność zaczyna przypominać redakcję, a nie podmiot polityczny. Jest już pełny pakiet newlstterów, blogi na których sztabowcy szybko i agresywnie reagują na sprawy dotyczące administracji, własne materiały video i kroniki tygodnia (West Wing Week), a także wyraźna obecność na twitterze, także najważniejszych urzędników, przede wszystkim Roberta Gibbsa, rzecznika prasowego i jego zespołu. Gibbs nierzadko rozsyła wiadomości na twitterze, zamiast mailowo (tradycyjnie) informować dziennikarzy. Używa też Re-Tweetów (powtarzania wypowiedzi innych) by zwrócić uwage na ważne dla Białego Domu teksty, sondaże, wiadomości i ciekawostki, co też pomaga omijać “filter” mediów i przekazać wiadomości bezpośrednio.
Internetowa strategia sztabu Obamy rozwija się jak widać pełną parą. Ale pod względem innowacyjności i skali nie można tej działalności w żaden sposób porównać do kampanii wyborczej Obamy. Z drugiej strony, zła sytuacja Demokratów w sondażach i trudne perspektywy przed wyborami do Kongresu na jesieni powodują, że przyda się każdy email.
Wikileaks – wikipedia dla tajemnic
Posted on | lipiec 27, 2010 | No Comments
Wikileaks istnieje od ponad trzech lat – pierwszy dokument pojawił się w grudniu 2006 r.. Jej twórcy stawiają sobie za – bardzo ambitny – cel umożliwienie walki z totalitarnymi i opresyjnymi reżimami – przede wszystkim w Azji, Afryce i Bliskim Wschodzie, ale także obnażanie nieetycznego zachowania każdego rządu czy dużej korporacji.
Zasada działania wikileaks jest prosta: każdy może całkowicie anonimowo opublikować na serwisie dokument lub inny materiał o politycznej, dyplomatycznej, historycznej lub „etycznej” treści. Podobnie jak w przypadku zwykłej wikipedii, jej użytkownicy mogą dyskutować nad opublikowanym materiałami i weryfikować ich prawdziwość. Dokumenty są także weryfikowane przed publikacją przez zespół serwisu. Wikileaks nie ma oficjalnej siedziby, jej założyciele przez dłuższy czas pozostawali niezidentyfikowani (chociaż mają oficjalnych rzeczników pojawiających się w mediach), a cała operacja utrzymuje się dzięki dobrowolnym dotacjom. Wikileaks znajduje się na szwedzkich serwerach firmy PRQ, której właścicielami są ludzie związani ze znaną stroną Pirate Bay.
Bodajże najsławniejszym i najgłośniejszym do tej pory materiałem opublikowanym przez Wikileaks było utajnione nagranie video z ataku sił powietrznych USA w Bagdadzie, gdzie zginęło kilka postronnych osób, w tym dwóch współpracowników agencji Reuters. Z powodu swojej działalności, wikileaks stało się obiektem zainteresowania mediów, i sił wywiadowczych na całym świecie.
Wikileaks to kolejny przykład na zmieniającą się rolę i funkcję dziennikarzy. Niegdyś materiały które publikowane są na tej stronie trafiłby do wiadomości publicznej tylko po długotrwałym śledztwie dziennikarskim. Teraz można je opublikować bez pośrednika – i bez dużych obaw o dekonspirację. Po raz kolejny tradycyjne media znajdują się na straconej pozycji. Wydawałoby się, że nie trzeba już wielkich dziennikarskich śledztw, kiedy materiały znajdują się o jedno kliknięcie myszką. Ale wikileaks ma słabe punkty – po pierwsze, proces weryfikacyjny dokumentów może okazać się zawodny. Po drugie, istnienie tej strony i pojawianie się nowych informacji zależą od odwagi i chęci umieszczających dokumenty informatorów (whistleblowers) a nie od determinacji, wiedzy i umiejętności dziennikarzy. Po trzecie, mechanizm ten jest podatny na manipulacje, zwłaszcza ze strony rozmaitych służb.
Mimo tych słabych punktów, WikiLeaks to fascynujący eksperyment, który już teraz dał ciekawe rezultaty. Jak pisze Jay Rosen, wyciek “Afghan War Diary” zmianił reguły medialnej gry i spowodował, że WikiLeaks stało się pierwszą “bezpaństwową” organizacją medialną.
Ciekawe jakie dokumenty ukażą się na tym serwisie w najbliższym czasie. Korporacja BP, która znajduje się pod ogromnym ostrzałem medialnym, powinna się mieć na baczności. Jej wewnętrzne dokumenty ds. bezpieczeństwa odwiertów na pewno zainteresowałby wiele osób…

